!Bogusław Wołoszański - II wojna światowa, Bogusław Wołoszański - II wojna światowa

[ Pobierz całość w formacie PDF ]

Bogusław Wołoszański

SENSACJE XX WIEKU
DRUGA WOJNA ŚWIATOWAŚMIERĆ MARSZAŁKACZAS KLĘSKI, CZAS CHWAŁY

Nadchodził świt. Dowódca Frontu Zachodniego, Michaił Tuchaczewski, wyszedł z pokoju drewnianego domku, który od dwóch dni służył mu za kwaterę. Nie spał tej nocy. Oczywiście nadchodzący dzień nie mógł przynieść rozstrzygnięcia. Bitwa miała trwać długo, ale podniecenie, które odczuwał przed rozpoczęciem ofensywy, i zmęczenie odpędziły sen. Przeszedł przez wąską sień, gdzie na komodzie skulił się żołnierz.

- Nie śpij, bo cię zarżną jak prosię - Tuchaczewski trącił go łokciem.

Żołnierz zeskoczył z komody. Zaczął wtykać bluzę munduru za pasek spodni, a drugą ręką gorączkowo usiłował wymacać karabin, który zsunął się na podłogę.

- Tak jest, towarzyszu dowódco. Zmęczony... Ja tylko na chwilę głowę o ścianę oparł... - mamrotał.

- Nastaw samowar. Wygasł już całkiem. - Tuchaczewski zdjął z wieszaka skórzaną kurtkę, narzucił na ramiona i otworzył drzwi wejściowe. Żołnierze stojący na warcie wyprężyli się. “Dobrze, że przynajmniej ci nie śpią” - pomyślał. Miał pod komendą prawie pół miliona ludzi, ale wiedział, że ich wartość bojowa nie jest duża. Zbieranina tych, którzy uwierzyli w rewolucję, i jeszcze więcej takich, co uważali, że będą łupić polskie dwory i gwałcić polskie dziedziczki. Nie mieli doświadczenia ani umiejętności żołnierskich, a dyscyplinę trzeba było krwawo egzekwować.

Wyszedł na wąską, piaszczystą uliczkę. Sierpniowy świt był zimny i wilgotny. Tuchaczewski zapiął guziki skórzanej kurtki. Postanowił pospacerować przez kilka minut.

Polacy cofali się. Uważał, że ani na moment nie można dać im odetchnąć, gdyż wówczas mogliby zorganizować rezerwy, podciągnąć zaopatrzenie, wzmocnić obronę i przejść do kontrofensywy. Tuchaczewski był głęboko przekonany, że cała Europa Zachodnia śle do Polski broń, amunicję, ochotników i prowiant. Dlatego siły wojsk polskich szybko się odradzały i każda przerwa w ofensywie, zelżenie nacisku może kosztować Rosję przegraną.

Armie Tuchaczewskiego też rozbudowywały się. W czerwcu Front Zachodni otrzymał pięćdziesiąt osiem tysięcy ludzi uzupełnienia i tym samym liczebność jego wojsk wzrosła do czterystu czterdziestu siedmiu tysięcy żołnierzy. Na początku lipca Tuchaczewski mógł wystawić w pierwszej linii dziewięćdziesiąt jeden tysięcy żołnierzy i dzięki temu na kierunku głównego uderzenia jego wojska miały dwukrotną przewagę liczebną nad wojskami polskimi. Ciągle jednak było to za mało, dlatego też zdecydował rzucić do boju wszystkie odwody, a służby tyłowe ograniczyć do minimum. W ten sposób zyskał dodatkowo ponad pięć tysięcy żołnierzy.

O świcie 4 lipca 1920 r. wojska Frontu Zachodniego rozpoczęły ofensywę. W ciągu siedmiu dni Armia Czerwona przełamała polski front, przekroczyła Berezynę, zajęła Ihumień, Mińsk i Białystok. Polacy ponieśli duże straty i mimo zażartej obrony nie zdołali zatrzymać armii Tuchaczewskiego. Uchodzili z pola, ale w sposób zorganizowany; bez panicznej ucieczki wojska, które straciło wszystko i rozbite na niewielkie grupy ratowało się przed śmiercią lub niewolą. Odchodząc, wysadzali mosty i minowali drogi. W potyczkach osłonowych oddawali niewielu jeńców i zostawiali niewiele sprzętu. Zachowywali siły do ostatecznej rozprawy. Pod Warszawą mogli odbudować swoje wojska, których potęgę pokazali w kwietniu i maju 1920 r. Tuchaczewski liczył jednak, że szybki marsz jego oddziałów uniemożliwi Polakom zorganizowanie obrony i zmobilizowanie rezerw. Przed nim była Warszawa i ostateczne zwycięstwo. Wydał odezwę do żołnierzy:

 

Czerwonoarmiści! (...) Wielki pojedynek rozstrzygnie losy wojny i narodu rosyjskiego oraz ludności polskiej. Wojska spod znaku Czerwonego Sztandaru i wojska łupieżczego białego orła oczekuje śmiertelny pojedynek. (...) Na Zachodzie rozstrzygają się losy światowej rewolucji. Ponad trupem białej Polski wiedzie droga do ogólnoświatowej pożogi. Poniesiemy na bagnetach szczęście i pokój pracującej ludzkości.

 

Tuchaczewski planował wielkie uderzenie na Warszawę od północy i tam zdecydował się skoncentrować cztery armie, które mogłyby przełamać silną obronę, jakiej spodziewał się w rejonie stolicy. Prawe skrzydło jego wojsk było potężne, ale na pozostałych odcinkach wielkiego frontu sytuacja kształtowała się niekorzystnie dla Rosjan. Na centralnym kierunku, na obszarze rozciągniętym na sto sześćdziesiąt kilometrów działała słaba grupa mozyrska, licząca zaledwie pięć tysięcy żołnierzy. Lewe skrzydło pozostało całkowicie odsłonięte. Polskie uderzenie w to miejsce groziło odcięciem armii idących na Warszawę, okrążeniem ich i zniszczeniem. Tuchaczewski musiał więc uzyskać dodatkowe siły. Mógł je przejąć z Frontu Południowo - Zachodniego, którego armie podeszły pod Lwów. Naczelny dowódca Armii Czerwonej, Siergiej Kamieniew obiecał, podczas narady 22 lipca, że wyda rozkaz przesunięcia 1. Armii Konnej i 14. armii z Frontu Południowo - Zachodniego na lewe skrzydło Frontu Zachodniego. Jednakże dowódca Frontu Południowo - Zachodniego Aleksander Jegorow i członek Rady Rewolucyjnej Józef Stalin nie mieli zamiaru oddawać najsilniejszych jednostek do dyspozycji innego dowództwa i umożliwić mu tym samym odniesienie świetnego zwycięstwa. Sami chcieli przejść do historii jako pogromcy Polski. Stalin pisał do naczelnego dowódcy Armii Czerwonej:

Na całej linii Frontu Południowo - Zachodniego Polacy stawiają bardzo silny opór, przy czym szczególną zaciętość przejawiają na kierunku lwowskim. Sytuacja z Rumunią jest niejasna i napięta. W tych warunkach uważam za konieczne przenieść punkt ciężkości głównego uderzenia armii i Frontu Południowo - Zachodniego w granice Galicji. Siergiej Kamieniew zatwierdził tę propozycję, chociaż oznaczała ona rozproszenie sił. Od tej chwili Stalin zaczął lekceważyć polecenia przekazania części wojsk Frontu Południowo - Zachodniego do Frontu Zachodniego.

Rozkaz w tej sprawie - jaki nadszedł 3 sierpnia - po prostu wyrzucił do kosza. Dyrektywa z 6 sierpnia mówiąca o przekazaniu 1. Armii Konnej, 12. armii i dodatkowo 14. armii, również nie została wykonana. 11 sierpnia Kamieniew ponownie wydał rozkaz przekazania Tuchaczewskiemu 1. Armii Konnej i 12. armii. Pisał w telegramie do Stalina i Jegorowa:

W celu udzielenia pomocy Tuchaczewskiemu skierować jak najwięcej sił do uderzenia mniej więcej w kierunku na Lublin, Puławy, aby wszelkimi sposobami wesprzeć lewe skrzydło Tuchaczewskiego. (...) Jest rzeczą istotną i konieczną, by jak najprędzej przekazać dowódcy frontu [tj. Tuchaczewskiemu - B W] najpierw 12. armię, a potem bezpośrednio podporządkować mu również Armii Konną, przy czym Tuchaczewski wyznacza termin przekazania 12. armii na 13 sierpnia, a Armii Konnej - na 15 bm.

- Michaile Nikołajewiczu, telegram z dowództwa. - Tuchaczewski odwrócił się. Stał za nim członek Rewolucyjnej Rady Wojennej, Józef Unszlicht. - Już rozszyfrowane!

- Co piszą?

- Towarzysz naczelny dowódca potwierdza wysłanie do dowództwa i Rady Rewolucyjnej Frontu Południowo - Zachodniego rozkazu przekazania nam 12. armii, ale nie precyzuje terminu. Powołuje się jedynie na waszą ocenę, iż 12. armia powinna najpóźniej jutro dołączyć do nas, a Konarmia - do 15 sierpnia...

- Czy od Jegorowa nadeszła jakaś wiadomość?

- Nie. Nie sądzę, abyśmy, w ciągu najbliższych dni usłyszeli cokolwiek od Jegorowa i Stalina...

- Uważasz, że będą sabotować rozkazy dowództwa?

- Robią to już od pewnego czasu. - Unszlicht rozpiął płaszcz i z kieszeni munduru wyjął paczkę papierosów. - Francuskie, zdobyczne. - Wyciągnął papierosy w stronę Tuchaczewskiego. Ten pokręcił przecząco głową.

- Wojska Frontu Południowo - Zachodniego są pod Lwowem i mają szansę zdobycia tego miasta - mówił dalej Unszlicht. - Stalin pragnie tego bardziej niż Jegorow. W karierze polityka atut w postaci zdobycia miasta ma duże znaczenie. Dlatego nie odda nam ani jednego pułku, gdyż jest przekonany, że gdy zdobędzie Lwów, to wówczas nikt nie będzie pamiętał o jego niesubordynacji...

- Jeżeli tak jest, jak mówisz, to Stalina należałoby oddać pod sąd wojenny i rozstrzelać!

- Może się tłumaczyć, że Konarmia i 12. armia są uwikłane w zacięte walki i nie sposób w podanym przez nas terminie ich wycofać. Być może partia zechce postawić przed sądem Stalina i Jegorowa, ale przedtem my musimy zdobyć Warszawę. Bez ich pomocy - spokojnie stwierdził Unszlicht.

Odczekał chwilę, ale nie słysząc odpowiedzi powtórzył:

- Tak, musimy zdobyć Warszawę bez Konarmii i 12. armii. W każdym razie nie możemy liczyć na wsparcie jednostek w ciągu najbliższych dni...

Tuchaczewski milczał. Miał dość dyskusji na temat niewystarczających sił w centrum i na lewym skrzydle wojsk idących na Warszawę.

- Nasze plany zatwierdziła partia i naczelne dowództwo. Ofensywa rozpocznie się zgodnie z planem - powiedział w końcu. - Za daleko zaszliśmy, aby teraz dać Polakom czas na zorganizowanie obrony i kontrofensywy. Jedyne, co możemy zrobić, to uderzać, nawet bez Konarmii!

Odwrócił się i ruszył szybkim krokiem w stronę kwatery. Unszlicht zgasił papierosa i podążył za nim.

13 sierpnia o świcie armie Frontu Zachodniego ruszyły ku Wiśle.

Dysproporcja w rozłożeniu sił i słabość lewego skrzydła wojsk bolszewickich nie mogły ujść uwagi polskiego dowództwa. Desperacka obrona wojsk polskich pod Raszynem, Zielonką i Ossowem powstrzymywała postępy Armii Czerwonej i umożliwiła manewr zaczepny. 16 sierpnia znad Wieprza uderzyła 2. armia generała Edwarda Rydza - Śmigłego. Jej oddziały wdarły się od południa w najsłabszą część sowieckiego frontu i zaczęły szybko posuwać się na północ. 17 sierpnia w Mińsku Mazowieckim wojska 2. armii połączyły się z 5. armią generała Władysława Sikorskiego.

Tuchaczewski nie miał już złudzeń. Dalsze postępy polskich wojsk groziły okrążeniem jego oddziałów. Armia Czerwona, która straciła w bitwie warszawskiej około osiemdziesięciu tysięcy ludzi, rozpoczęła szybki i bezładny odwrót. Prawie sześćdziesiąt tysięcy żołnierzy sowieckich zbiegło do Prus Wschodnich. Armia Konna i 12. armia z Frontu Południowo - Zachodniego włączyły się do walk 20 sierpnia, ale było już za późno, aby mogły zmienić sytuację na froncie.

Klęska pod Warszawą nie przeszkodziła jednak w dalszej karierze Michaiła Tuchaczewskiego. Stało się tak za sprawą Lenina, przekonanego, że zawinił głównie Stalin. Ponadto Lenin doskonale rozumiał, że siły zbrojne Rosji Sowieckiej muszą tworzyć fachowcy - wykształceni w szkołach wojskowych, z doświadczeniem bojowym, nabytym na frontach wojny światowej i wojny domowej. A do takich należał Tuchaczewski. Dlatego partia komunistyczna - na pewien czas przynajmniej - zapomniała, że pochodził ze szlachty.

Dlaczego jednak syn zubożałego ziemianina, absolwent elitarnej Aleksandrowskiej Szkoły Wojennej, oficer legendarnego Siemionowskiego Pułku Gwardii wstąpił do Armii Czerwonej i z pasją zwalczał wszystko, co “burżuazyjne”? Nie ma jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie. Być może bezpośredni wpływ na postawę młodego człowieka wywarły doświadczenia wojenne? Tuchaczewski w 1914 r. wyruszył na front jako zastępca dowódcy kompanii. Walczył z niebywałą odwagą i poświęceniem, czego dowodem było przyznanie mu sześciu odznaczeń w ciągu pół roku! W lutym 1915 r. dostał się do niewoli, skąd cztery razy próbował zbiec. Przenoszono go do coraz cięższych i staranniej pilnowanych obozów, aż trafił do twierdzy Ingolstadt, gdzie spotkał francuskiego kapitana Charlesa de Gaulle’a. Zaprzyjaźnili się. Przed rozstaniem de Gaulle podarował mu rodzinną pamiątkę: złoty krzyżyk wysadzany brylantami.

Tuchaczewski wydostał się na wolność z ponurej bawarskiej twierdzy i pieszo przedarł do Szwajcarii, skąd powrócił do Rosji. Zgłosił się do wojska i rozpoczął służbę w rezerwowym pułku siemionowskim. Straszliwe doświadczenia frontowe, dotkliwe przeżycia w niewoli odebrały mu entuzjazm i wiarę w cara. Rozgoryczony klęskami armii carskiej uznał, że rewolucja - najpierw lutowa, a potem październikowa - stwarza szansę służby dla ojczyzny, walki z Niemcami, których szczerze nienawidził, a zarazem działania dla osobistej kariery. Bez wątpienia ten ostatni powód był decydujący w kolejnych poczynaniach Tuchaczewskiego.

W marcu 1918 r., gdy bolszewicy ogłosili mobilizację wojskowych specjalistów, zgłosił się do służby. Wkrótce potem wstąpił do partii bolszewickiej, rekomendowany przez dwóch starych komunistów: Awla Jenukidzego i Nikołaja Kulabkę. Oni to w znacznym stopniu przyczynili się do kariery młodego człowieka o niezwykle wybujałych ambicjach. Kulabko przedstawił Tuchaczewskiego Leninowi i być może to spotkanie - w czasie którego wodzowi spodobało się oddanie komunizmowi, prezentowane przez młodego oficera - przesądziło o darowaniu mu późniejszych błędów... Carski porucznik w wieku zaledwie 25 lat został komisarzem Moskiewskiego Rejonu Zachodniej Strefy Obronnej. Wkrótce mianowano go dowódcą 1. armii i skierowano na front wschodni w rejon środkowej Wołgi, gdzie należało zdławić powstanie Korpusu Czechosłowackiego. 27 czerwca 1918 r. Tuchaczewski przybył na stację Inza, gdzie mieścił się sztab armii. Dotychczas dowodził niewielkimi oddziałami, liczącymi co najwyżej kilkudziesięciu żołnierzy. Nagle dano mu władzę nad życiem i śmiercią kilkunastu tysięcy ludzi. To wywołało zawrót głowy u młodego oficera.

Porządki, które zastał w Inzie, nie spodobały mu się, i zapewne słusznie. Pisał: (...) zarówno dowódcy, jak i szeregowi czerwonoarmiści odznaczali się niezwykłym egocentryzmem. O żadnej dyscyplinie nawet mowy nie było. W skład armii wchodziły również takie oddziały (zwłaszcza niektóre pociągi pancerne i oddziały pancerne), których nasze dowództwo obawiało się niemal tak samo jak nieprzyjaciela.

Nie spodobał mu się również dowódca frontu, w którego składzie działała 1. armia - Murawiow. Uznał go za “wojskowego analfabetę” i “samolubnego awanturnika”. Dziwne to określenia, jeśli zważyć, że Murawiow był podporucznikiem carskiej armii. W czasie wojny światowej oraz po rewolucji lutowej dowodził dużymi oddziałami i zdobył wielkie doświadczenie bojowe. Negatywna opinia Tuchaczewskiego o zwierzchniku miała podłoże polityczne: Murawiow był lewicowym eserowcem*,[* Członkiem Partii Socjalistów - Rewolucjonistów, założonej na przełomie lat 1901 i 1902. Po rewolucji październikowej eserowcy wystąpili przeciwko bolszewikom. W grudniu 1917 r. powstała oddzielna organizacja lewicowych socjalistów - rewolucjonistów, która po okresie współpracy z bolszewikami w lipcu 1918 r. przeszła do otwartej opozycji.] co wywoływało nienawiść komandarma 1. armii, całkowicie już oddanego nowej ideologii. Otwartemu konfliktowi zapobiegł nagły zwrot w działaniach Murawiowa, który na wieść o powstaniu lewicowych eserowców w Moskwie postanowił wzniecić rewolucję w Symbirsku. Zaproponował Tuchaczewskiemu, aby przyłączył się do puczu. Ten, co prawda, odmówił, ale dał się aresztować bez najmniejszego oporu. Bierność omalże nie kosztowała go głowy po stłumieniu buntu przez bolszewików, którzy - podejrzliwi wobec wszystkich byłych oficerów carskich - uznali, że Tuchaczewski musiał zdradzić sprawę, skoro uszedł z życiem z rąk buntowników. Przed trybunałem rewolucyjnym, a zarazem niechybnym wyrokiem śmierci, uratowało go dwóch starych komunistów: losif Warejkis (sekretarz gubernialnego komitetu RKP(b), odpowiedzialny za zastrzelenie Murawiowa) i Walerian Kujbyszew (późniejszy komisarz polityczny armii Tuchaczewskiego).

Pomoc i przyjaźń działaczy blisko związanych z najwyższymi władzami Rosji radzieckiej miały ogromny wpływ na dalszą karierę Tuchaczewskiego. Jako dowódca 5. armii Frontu Wschodniego, zaprzyjaźnił się z Michaiłem Frunzem - wówczas dowódcą 4. armii - późniejszym ludowym komisarzem spraw wojskowych i morskich. Zyskał również przyjaźń Grigorija “Sergo” Ordżonikidze, późniejszego najbliższego współpracownika Stalina, jednego z nielicznych, którzy dyktatorowi mówili po imieniu. Te frontowe przyjaźnie, zawarte z ludźmi mającymi wiele do powiedzenia w bolszewickich władzach, ratowały Tuchaczewskiego zarówno przed intrygami podwładnych, nienawidzących go za pełną wyższości postawę, zemstą przełożonych, których ostro krytykował, zarzucając niekompetencję, jak i przed podejrzliwością samych władz, które nie mogły zapomnieć Tuchaczewskiemu szlacheckiego pochodzenia i carskiej szkoły. Nie był to jednak czas, w którym nowa władza mogłaby pozbywać się takich ludzi, jak Tuchaczewski: deklarujących lojalność i oddanie komunizmowi, bez wahania wypełniających polecenia. Byli przydatni.

Dlatego też Lenin, nie bacząc na rozmiary klęski w Polsce, już w marcu 1921 r. wyznaczył Tuchaczewskiemu zadanie stłumienia rebelii marynarzy garnizonu w Kronsztadzie. Tę misję mógł wypełnić tylko doświadczony oficer, który żelazną ręką zaprowadziłby porządki w skłóconym i rozpadającym się dowództwie wojsk komunistycznych i pokierował szturmem na niedostępną twierdzę. Czasu było bardzo niewiele; nadchodziły wiosenne roztopy, a jedyna droga do fortów Kronsztadu prowadziła przez lód zatoki. 18 marca - po zaciętych i krwawych walkach - Tuchaczewski mógł zapisać na swoim koncie kolejny sukces: spacyfikowanie Kronsztadu. Ta wiadomość niezwykle ucieszyła Lenina, który przyjął zwycięzcę i uhonorował pochwałą: Ojczulku, jestem zadowolony, bardzo zadowolony z przeprowadzonej przez was operacji. I natychmiast zlecił Tuchaczewskiemu równie trudne zadanie: zlikwidowanie buntu Aleksandra Anionowa w guberni tambowskiej. Potyczki wojsk komunistycznych z dobrze zorganizowanymi i korzystającymi z poparcia miejscowej ludności oddziałami Anionowa (liczącymi pięćdziesiąt tysięcy żołnierzy) trwały kilka miesięcy. Zdecydowanie i bezwzględność, wspierane nowymi metodami walki (m.in. zorganizowaniem oddziałów szybko przemieszczających się samochodami), przyniosły Tuchaczewskiemu sukces w czerwcu 1921 r.

Nadszedł czas, aby zaczęły profilować wojenne przyjaźnie. Michaił Frunze - już szef sztabu Armii Czerwonej - ściągnął go w 1924 r. do Moskwy na pomocnika, a następnie zastępcę szefa Sztabu Armii Czerwonej. Prawdopodobnie planował, że doświadczony na wielu frontach dowódca obejmie po nim funkcję szefa sztabu. Niespodziewanie jednak plany te spaliły na panewce; w lutym 1925 r. Tuchaczewski został wysłany na stanowisko dowódcy Zachodniego Okręgu Wojskowego w Smoleńsku. Ten raptowny zwrot w karierze był bez wątpienia dziełem Stalina. Sekretarz generalny KC WKP(b) - już choćby ze względu na nieporozumienia z okresu wojny z Polską - nie darzył sympatią byłego dowódcy Frontu Zachodniego. Lecz w tym wypadku nie chodziło o zadawnione urazy.

W 1925 r. Stalin zaczynał budować podstawy swojej potęgi. Doceniał siłę armii i odpowiadało mu to, że wiele wysokich stanowisk zajmują byli oficerowie carscy. Unikali oni bowiem angażowania się w rozgrywki partyjne i nie byli uwikłani we wszelkiego rodzaju frakcje, do których przystępowali starzy bolszewicy. Stalin poparł decyzję Frunzego, który zdecydował się zlikwidować znienawidzoną przez wojskowych instytucję komisarzy politycznych i wprowadzić na ich miejsce szefów zarządów politycznych o znacznie mniejszych kompetencjach i podporządkowanych formalnie dowódcom jednostek, przy których działali. Takie posunięcie w tym okresie walki o władzę odpowiadało Stalinowi, jako że prowadziło do odpolitycznienia wojska. Dlatego też przez pewien czas tolerował karierę Tuchaczewskiego, ale nie mógł patrzeć, jak pod jego bokiem kwitnie przyjaźń dwóch dowódców cieszących się wojenną sławą. Zdecydował się wysłać Tuchaczewskiego gdzieś daleko od Moskwy. Na miejscu pozostał Frunze, którego pozycja i popularność niepokoiły Stalina. Wiedział, że ten legendarny przywódca oddziałów czerwonoarmijnych, wspaniały strateg i lubiany przez żołnierzy dowódca może stać się poważnym konkurentem do stanowiska sekretarza generalnego. W październiku 1925 r. czterdziestoletni Frunze poddał się operacji wrzodu żołądka. Nie przeżył tego zabiegu, a okoliczności zgonu zdają się wskazywać jednoznacznie, że było to zabójstwo, inspirowane przez Stalina.

W listopadzie 1925 r., a więc w kilka miesięcy po opuszczeniu Moskwy, Tuchaczewski powrócił do stolicy na stanowisko szefa sztabu Armii Czerwonej. Ta decyzja Stalina staje się zrozumiała, jeśli weźmie się pod uwagę, że sekretarz generalny nie miał większego wyboru.

Reforma w siłach zbrojnych - wprowadzona przez Frunzego - stawiała kandydatowi na stanowisko szefa sztabu bardzo wysokie wymagania. Mogli im sprostać jedynie carscy sztabowcy, ale oni nigdy nie zyskali całkowitego zaufania nowych władz. Tuchaczewski zaś dowiódł wielokrotnie pełnego oddania, i - co najważniejsze dla Stalina - trzymał się z dala od wszelkich koterii i rozgrywek partyjnych. Sekretarz generalny mógł więc uważać, że nowy szef sztabu zajmie się budowaniem potęgi armii, a nie przyłączy się do opozycji.

Tuchaczewski rzeczywiście włączył się w nurt reform, w wyniku których Armia Czerwona miała przeobrazić się w nowoczesne wojsko dysponujące silną bronią pancerną i lotnictwem. Aby osiągnąć ten cel, gotów był nawet zapomnieć o swych urazach wobec Niemców. Wiedział doskonale, że rachityczny i na dodatek wyniszczony wojną przemysł radziecki nie może dać wojsku nowoczesnego uzbrojenia. W tej sytuacji współpraca z Republiką Weimarską i jej siłami zbrojnymi, Reichswehrą, wydawała się nieodzowna. Z drugiej zaś strony Niemcy - skrępowani zakazami traktatu wersalskiego, zabraniającego im m.in. budowy i posiadania czołgów, samolotów bojowych, okrętów podwodnych - byli zainteresowani skorzystaniem z możliwości, jakie dawały radzieckie poligony i szkoły wojskowe. Zakłady Kruppa, Rheinmetall czy Mań mogły ukryć przed międzynarodową kontrolą działalność zbrojeniową. Pierwsze modele czołgów, powstające w dobrze ukrytych warsztatach, nazwano “Lekkim traktorem” i “Ciężkim traktorem”, a prototyp czołgu, który dał początek masowo produkowanym PzKpjw I nazwano “Landwirtschaftlicher Schlepper”, co oznaczało “ciągnik rolniczy”. Jednakże trzeba było wyjechać tymi “traktorami” na poligon, sprawdzić, jak zachowują się w trudnych warunkach, a przede wszystkim postrzelać z czołgowych dział (konstruowanych potajemnie m.in. w szwedzkich zakładach Boforsa). Tak hałaśliwych prób nie można było tłumaczyć testowaniem modeli maszyn rolniczych. Radzieckie poligony, niedostępne dla międzynarodowych kontroli i szpiegów, pozwalały badać nowy sprzęt i trenować załogi (m.in. w szkole wojsk pancernych w Kazaniu). Rosyjscy specjaliści uważnie przyglądali się niemieckim prototypom i wynikom prób. W rezultacie w pierwszym czołgu, jaki powstał w radzieckich biurach konstrukcyjnych, wykorzystano wiele rozwiązań z niemieckiego “Grosstraktora”, a także z zakupionego w Wielkiej Brytanii czołgu “Vickers” (lótonner). Tuchaczewski kilkakrotnie wyjeżdżał do Berlina i podpisywał tam dokumenty dotyczące współpracy wojskowej Armii Czerwonej i Reichswehry.

Stalin krytycznie obserwował dynamicznego i ambitnego szefa sztabu. Nie podobał mu się rozmach Tuchaczewskiego ani jego samodzielność. Konflikt był nieunikniony... W grudniu 1927 r. Tuchaczewski wystosował raport, w którym domagał się przyznania większych środków na wyposażenie sił zbrojnych w najnowocześniejszy sprzęt - zwłaszcza czołgi i samoloty. Czy Stalin zwietrzył w tym próbę podważenia jego władzy, jako że prymitywna gospodarka radziecka nie mogła spełnić żądań dostarczenia nowoczesnej broni, czy też uznał, że Tuchaczewski zbyt szybko staje się samodzielny, w każdym razie zareagował bardzo ostro, nazywając raport bredniami. Tuchaczewski, któremu opinię Stalina przekazał komisarz do spraw wojskowych Kliment Woroszyłow, uniósł się honorem i podał się do dymisji.

Został odesłany do Leningradu na stanowisko dowódcy okręgu wojskowego. Nie zarzucił jednak planów mechanizacji armii. W Leningradzie znalazł dobry klimat do urzeczywistniania swoich pomysłów. Nowa przyjaźń - z Siergiejem Kirowem, szefem lokalnego komitetu partii i członkiem Biura Politycznego - ułatwiała uzyskanie dodatkowych środków i umożliwiała wykorzystanie miejscowego przemysłu do realizacji zamówień armii oraz, co ważne dla Tuchaczewskiego, dawała wsparcie i ochronę ze strony funkcjonariusza partyjnego. Tuchaczewski okazję umiał chwytać w lot. Realizował swe pomysły na poligonie i czekał na sprzyjający moment.

W końcu 1929 r. Komitet Centralny WKP(b) podjął uchwałę “O stanie obrony ZSRR”, w której stwierdzono, że w ciągu dwóch lat należy nasycić wojsko sprzętem. Tuchaczewski postanowił przedstawić swe propozycje restrukturyzacji sił zbrojnych i w kwietniu 1930 r. i w sierpniu 1930 r. przesłał do Stalina raport na ten temat. Raport wywołał burzę. Sekretarz generalny nie potrzebował bowiem rad. Oskarżył Tuchaczewskiego o dążenie do militaryzacji kraju. Był to zarzut równie poważny jak zarzut zdrady i szpiegostwa. Militaryzacja - w rozumieniu władz komunistycznych - oznaczała intensywną produkcję uzbrojenia, co w warunkach Związku Radzieckiego musiałoby się odbywać kosztem produkcji np. ubrań, a więc działałoby “przeciwko narodowi radzieckiemu”. To mógł być śmiertelny zarzut, zwłaszcza że padł w czasie, gdy Stalin rozpoczął wielką rozprawę z wyższymi dowódcami Armii Czerwonej, wywodzącymi się z carskiego korpusu. Śledztwo prowadzone przez OGPU w sprawie tzw. Partii Przemysłowej*[* W dniach 25. 11. - 7.12.1930 r. odbył się proces ośmiu inżynierów, oskarżonych o przynależność do Partii Przemysłowej i działalność na szkodę gospodarki ZSRR. Celem tej rozprawy miało być uzasadnienie stosowania przez władze zbrodniczych metod w czasie kolektywizacji rolnictwa. Ze względu na opór, jaki polityka Stalina budziła w Biurze Politycznym, oskarżonych skazano “tylko” na kary więzienia i zrezygnowano z dalszych procesów.] wskazało na kilku oficerów. Był to wystarczający powód, aby machina ścigania została skierowana przeciwko wojsku. W więzieniu znaleźli się byli generałowie: Aleksandr Bałtijskij, Władimir Jegoriew, Aleksandr Lignau, Siergiej Łukirskij; teoretycy wojskowości: Kakurin, Sniesariew, Aleksandr Swieczin i wielu innych. Zostali zesłani do łagrów, skąd większość po dwóch latach zwolniono. Czy w grupie tej miał znaleźć się również Tuchaczewski? Wydawałoby się, że Stalin, rzucając tak ciężkie oskarżenie, zdecydował się unicestwić człowieka, wobec którego żywił zadawnione urazy. Jednakże cofnął się przed zastosowaniem ostatecznych środków. Być może dlatego, że Tuchaczewski wysłał do niego list, który nieco złagodził gniew wodza. Być może Stalin planując szybką rozbudowę armii uznał, że Tuchaczewski może mu być jeszcze potrzebny. W każdym razie Tuchaczewski uniknął procesu i zaczął ponownie wspinać się po szczeblach wojskowej kariery.

W czerwcu 1931 r. został mianowany wiceprzewodniczącym Rady Wojennej, wicekomisarzem do spraw wojskowych i morskich oraz szefem uzbrojenia armii. Mógł więc kształtować Armię Czerwoną jako siłę uderzeniową zdolną zmiażdżyć każdego wroga, zarówno tego, który usiłowałby wedrzeć się w granice Związku Radzieckiego, jak i tego, przeciwko któremu partia komunistyczna zdecydowałaby się skierować swoje zbrojne ramię.

Trzonem armii miały być jednostki pancerne. W sierpniu 1931 r. Rada do spraw Pracy i Obrony uchwaliła, na wniosek Tuchaczewskiego, program budowy czołgów. Do końca 1932 r. sformowano dwa pierwsze korpusy - samodzielne taktyczne związki operacyjne, z których każdy złożony był z dwóch brygad zmechanizowanych, jednej brygady karabinów maszynowych oraz samodzielnego dywizjonu artylerii przeciwlotniczej. Analizy i doświadczenia z wielkich manewrów wykazały, że stan etatowy korpusu powinien wynosić 469 czołgów, 200 samochodów oraz 9865 żołnierzy i oficerów. Do 1936 r. utworzono 4 korpusy zmechanizowane, 6 samodzielnych pułków czołgów, 15 zmechanizowanych pułków dywizji kawalerii oraz 83 bataliony i kompanie czołgów w dywizjach piechoty. Zakłady przemysłu czołgowego, zbudowane w czasie I pięciolatki 1928 - 1932 z roku na rok zwielokrotniały produkcję. W 1930 r. wyprodukowały 170 czołgów, rok później - 740, w 1932 r. - 3038, aby osiągnąć maksymalną wydajność 4803 czołgów w 1936 r. Takimi wynikami nie mógł się poszczycić przemysł żadnego z potężniejszych państw.

Tuchaczewski rozumiał, jak ogromne znaczenie dla działań wojennych ma lotnictwo. Według jego planów miała to być samodzielna siła. Na początku 1936 r. przystąpiono do formowania armii lotniczych, liczących 250 - 260 samolotów myśliwskich i bombowych, które miały działać na kierunkach strategicznych. Jakby z boku tych wielkich działań organizacyjnych Tuchaczewski realizował swe zamiłowanie do nowinek technicznych, które nie zawsze jednak przynosiły oczekiwane skutki. Próby z kutrami wybuchowymi zakończyły się fiaskiem, podobnie jak eksperymenty z samolotem - matką, wynoszącym w powietrze na swoich skrzydłach cztery myśliwce. Wiara w moc techniki owocowała jednak w pracach Naukowo - Doświadczalnego Instytutu Rakietowego - którego pracownicy zostali otoczeni bezpośrednią opieką Tuchaczewskiego - badaniami nad silnikami odrzutowymi i radiolokacyjnymi metodami wykrywania samolotów.

Dobra passa trwała. W 1935 r., gdy w ZSRR przywrócono stopnie wojskowe (w miejsce wprowadzonych po rewolucji stopni funkcyjnych), Tuchaczewski otrzymał stopień marszałka - jako jeden z pięciu oficerów, którzy dostąpili tego najwyższego wojskowego zaszczytu. Marszałek Tuchaczewski mógł wreszcie uwierzyć w swoją siłę i powodzenie...

PĘTLA

Kolumna samochodów zjechała z drogi prowadzącej z centrum Kijowa, minęła wartowników wyprężonych jak struny przy uniesionym szlabanie i skierowała się szeroką, brukowaną drogą w głąb poligonu. Generał Archibald Wavell, przedstawiciel brytyjskiego Generalnego Sztabu Imperialnego, patrzył z zainteresowaniem na rozległe stepy, na których za kilkadziesiąt minut miała rozegrać się decydująca część manewrów wojskowych. Droga zakręcała szerokim łukiem obejmującym niewielkie wzniesienie, zza którego zaczęły się wyłaniać sylwetki czołgów. Rosjanie zapewne umyślnie ustawili je tak, aby zakręt stopniowo ujawniał coraz więcej pancernych pojazdów, stojących w nienagannym porządku. Załogi, wyprężone na baczność, witały przemykające samochody z członkami zagranicznych sztabów generalnych i ataszatów wojskowych.

Wavell patrzył z rosnącym zdumieniem. Szybko przestał liczyć czołgi, orientując się, że jest ich co najmniej kilkaset.

- Możliwości totalitarnego państwa są niezmierzone - powiedział półgłosem do siedzącego obok oficera. Starał się, aby rosyjski kierowca nie słyszał rozmowy, gdyż, jak sądził, żołnierz znał angielski. - Zgromadzili tutaj co najmniej pięćset czołgów.

- Zapewne nie jest to jedyna rzecz, którą zadziwią nas dzisiaj, sir - odrzekł oficer, równie zaskoczony liczebnością pojazdów pancernych.

Rzędy czołgów skończyły się i samochody przemknęły przez las i zaczęły piąć się pod górę, na której widać było obszerną trybunę, a za nią rozłożyste namioty wojskowe. Samochody zatrzymały się i wysiedli z nich oficerowie, którzy przybyli obserwować wielkie manewry. Wavell szukał wzrokiem postawnej sylwetki marszałka Tuchaczewskiego. Wiedział, że oficer ten, według ocen brytyjskiego ataszatu wojskowego - jeden z najzdolniejszych spośród dowódców Armii Czerwonej - otrzymał w lipcu najwyższy stopień wojskowy. Pragnął poznać go, gdyż uważał, że ta znajomość może być bardzo interesująca. W tłumie mundurów nie mógł jednak odnaleźć sylwetki znanej tylko z opisów.

- Gdy dostrzeże pan Tuchaczewskiego, to proszę mi go wskazać. - Zwrócił się do stojącego obok pracownika ambasady brytyjskiej.

- Nie widziałem go jeszcze, ale zapewne wkrótce się pojawi.

Grupa oficerów zaczęła wspinać się szerokimi, drewnianymi schodami na trybunę.

- Szanowni goście! - Radziecki oficer, który wyszedł przed trybunę, odczekał, aż wszyscy zajmą miejsca. - Witam was w imieniu towarzysza Stalina, partii, rządu Związku Radzieckiego i dowództwa Armii Czerwonej na manewrach Kijowskiego Okręgu Wojskowego. Biorą w nich udział wszystkie rodzaje wojsk, które ćwiczyły przełamywanie pasa obrony, umocnionego przez korpus piechoty, wsparty batalionami czołgów i artylerią...

- Ciekawe, iloma batalionami, skoro tam, za zakrętem, kolumny czołgów ciągnęły się przez dobrą milę. - Attache pochylił się do Wavella.

- Pewnie nie powiedzą, ile jednostek, ale podadzą liczbę czołgów - odparł generał i nie pomylił się.

- W ćwiczeniach uczestniczy tysiąc czterdzieści czołgów, z których większość przebyła do sześciuset pięćdziesięciu kilometrów, zachowując pełną dyscyplinę marszową... - mówił oficer radziecki. Wavell nie słuchał dalszych wyjaśnień. Liczba tysiąca czołgów wydawała mu się imponująca. Jeżeli Armia Czerwona potrafiła zgromadzić na jednych manewrach tysiąc czołgów, to oznaczało, że ma ich co najmniej dziesięć razy tyle. Wśród pojazdów stojących na poligonie przeważały lekkie czołgi T - 26, budowane na brytyjskiej licencji “Vickersa”(6 ton), ale dostrzegł też średnie czołgi T - 28 z trzema wieżami i ciężkie T - 32, będące dość wierną kopią brytyjskiego “Independent Tank”. Siła pancerna zademonstrowana na początku ćwiczeń była dopiero wstępem do pokazów, które olśniły przybyłych oficerów.

Nisko nad linią horyzontu pojawiły się czarne punkciki, szybko zbliżające się w ich stronę.

- To bombowce TB - 3 - powiedział jeden z gości i podał Wavellowi lornetkę.

Samoloty leciały dość nisko, jakieś dwieście, trzysta metrów nad ziemią. W pewnym momencie na ich skrzydłach pojawiły się figurki żołnierzy, którzy wychodzili z kabiny i ześlizgiwali się po szerokich płatach. Niebo zajaśniało setkami białych spadochronów. Wavell patrzył na to widowisko jak urzeczony. Nigdy dotychczas nie widział tak masowego wykorzystania wojsk powietrznodesantowych. Słyszał o próbach użycia podobnych oddziałów w Niemczech, ale nie przypuszczał, że można przeprowadzić desant na taką skalę. Żołnierze, którzy wylądowali, po rozpakowaniu pojemników i wydobyciu broni kierowali się w stronę rozległej łąki. Wprawa, z jaką formowali ugrupowanie bojowe, szybkość ruchów i pewność wskazywały, że oddziały były dobrze wyćwiczone i zgrane. Zanim żołnierze dotarli do łąki, zaczęły lądować tam duże samoloty transportowe. Gdy tylko odkołowały na bok prowizorycznie zaznaczonego pasa startowego, w dole kadłubów otwierano drzwi, z których wyjeżdżały niewielkie tankietki, samochody opancerzone i działa. Na oczach zaskoczonych obserwatorów zaczynały formować się oddziały dysponujące artylerią i bronią pancerną. Stanowiły siłę zdolną skruszyć obronę wroga, który nie mógł w tak krótkim czasie przygotować się do odparcia niespodziewanego uderzenia.

- Gdybym nie zobaczył na własne oczy, nigdy bym w to nie uwierzył - powiedział Wavell.

Szokowała go sprawność żołnierzy i wielkość sił użytych w tej operacji. Jako brytyjski sztabowiec, doskonale rozumiał, jakim zagrożeniem dla innych państw może być armia dysponująca licznymi i dobrze przygotowanymi oddziałami powietrznodestantowymi. Ich liczebność wynosiła w 1935 r. prawdopodobnie sto pięćdziesiąt tysięcy żołnierzy i wciąż wzrastała.

Raport generała Wavella z kijowskich ćwiczeń, sporządzony natychmiast po powrocie generała do Londynu, nie wywarł jednak na nikim wrażenia. Minister wojny, lord Hal...

[ Pobierz całość w formacie PDF ]
  • zanotowane.pl
  • doc.pisz.pl
  • pdf.pisz.pl
  • katek.htw.pl